Moja walka trwa. Wczoraj 11-sta chemia. Nie jest latwo. Im blizej konca, tym bardziej pod gorke. Pobyty w szpitalu z infekcjami i przekladanie nastepnych wlewow. Od trzech miesiecy na antybiotykach. Neupogen na biale od pierwszego wlewu, a teraz doszedl jeszcze zator w zyle glownej i zastrzyki dzien w dzien przez nastepne 3 miesiace. Robie je sobie sama. W lewa strone brzucha Clexane w prawa Neupogen. Problemy z zylami, z wbiciem sie, bo wszystkie sa twarde, jak druty i bolace. Tak pokute, co milimetr, ze sie boja, pochowaly sie wszystkie. A po chemii bol reki nie do wytrzymania, nawet wyprostowac w lokciu juz ich nie moge, bo sie "wstapily". No i ten kac gigant po chemii przez tydzien, na fali sterydow. Co chemia to gorzej. Po ostatniej po raz pierwszy blo mi niedobrze. Juz mialam sama ochote wywolac wymioty, bo jakos nie mogly sie zdecydowac, w ktora strone wlasciwie pojsc. Wiedzialam, ze wlosy wypadna, ale nie wiedzialam, ze i paznokcie od stop pojda. Pewnego razu zdejmuje skarpetki, a tu sine paznokcie. Pomyslalam: Co? To juz? Schodze i nic o tym nie wiem? Jeszcze jedna chemia i koniec, oby tylko o czasie, bez zadnych przekladan, bo znow cos nie tak i nie mozna podac. Myslalam, ze z ostatnia chemia konczy sie "przygoda" z ziarnica. A co z bialymi, ktore bedzie trzeba doprowadzic do porzadku, bo same sie za siebe nie chca brac? Co z zatorem? A te wszystkie inne sprawy, jak dojscie do siebie, wieczne zmeczenia, zadyszki po wejsciu na pierwsze pietro. Miewam doly, czasem wyje do ksiezyca z bezsilnosci. No ale wiem, ze dobrze bedzie, tylko zeby cholestwo nie wrocilo juz ngdy, bo ze swiadomoscia tego, jak to jest podczas leczenia ciezko bedzie. Wierze, ze za pol roku usiade sobie spokojnie na kanapie, zamysle sie rozradowana, ze wreszcie wszystko jest dobrze, ze panuje nad swoim zyciem i powiem sobie glosno, ze ciezko bylo, ale dalam rade :) |